piątek, 27 stycznia 2012
Dom przy placu Waszyngtona
Lata trzydzieste dziewiętnastego wieku. W okazałym domu przy placu Waszyngtona w Nowym Jorku mieszka szacowny i dość majętny doktor Austin Sloper, z siostrą, nieco zdziwaczałą starą panną, oraz córką Catherine. Pan doktor jest wdowcem. Na pozór zwyczajna rodzina, raczej dobrze sytuowana, z koneksjami, stateczny, elegancki dom. Co więc zgrzyta, co jest nie tak, co powoduje, że czujemy przez skórę, że tam się rozgrywa jakiś dramat? To jest film o miłości, bo o miłości miało być. Takie zamówienie (ciumk Charmee). O krętych drogach miłości. Bo co my tu mamy... Pan doktor Sloper tak bardzo kochał żonę, że nie potrafił pokochać córki, która przychodząc na świat pozbawiła życia swoją matkę. Mało tego, tak bardzo nie kochał córki, że nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek może ją pokochać, kiedykolwiek. Jeśli zjawi się narzeczony, to pewnikiem jakiś golec łasy na posag. Panna Lavinia - zdziwaczała stara panna, zakochana po uszy w braciszku, w którym, gdzieś w swej stęsknionej za samcem duszy, widziała i męża i kochanka i syna, których nie dane jej było zaznać. A ona miała w sobie nieskończone pokłady, niemożliwej do spożytkowania miłości. Catherine - biedna, niekochana szara myszka, całe życie starająca się zasłużyć na miłość ojca. Brzydkie kaczątko, z którego niestety nie wyrośnie łabędź. Zakochuje się w pierwszym mężczyźnie, który okazuje jej choć odrobinę uczucia. Widzimy, jak rozkwita, jak z nieśmiałej panienki wyłania się czarująca kobieta, która już nie potyka się o własne nogi tylko frunie nad ziemią wprost w ramiona ukochanego. I zakochujemy się wraz z nią. Morris - przystojny młodzieniec, który najpierw upewnia się co do stanu posiadania panny, zanim pozwoli sobie się zakochać. I kocha szczerze i mocno tak długo, jak długo ten stan posiadania nie ulegnie zmianie na gorsze. Potem pozwala sobie się odkochać. A właściwie nie odkochać, raczej zabrania sobie.. kochać. Tyle miłości, a wszyscy nieszczęśliwi... Ale była chwila absolutnego szczęścia w tym domu. Muzyka, Catherine i Morris. Razem. Pięknie. Tu chiami una vita...
Waschington Sguare, reż. Agnieszka Holland. 1997r.
środa, 25 stycznia 2012
Face lifting czyli remont :)
Postanowiłam sobie zafundować. W końcu trochę lat się już ma. Jakieś cztery z hakiem. Po ostatnich sensacyjnych informacjach zwrotnych (drzew nie widać, szaro, buro i ponuro :) nabrałam ochoty na remont blogowy. Nie wiem, czy ta wersja to już ostateczna, ale póki co będzie tak.Czyli od dzisiaj nowa piżamka :) Podoba się? Musi, bo nie będę się ciągle przebierać :)
piątek, 20 stycznia 2012
E-okulary, czyli pogaduchy z Kaciem
Kacio: Guard:*** w ferworze walki i analizy wiersza nie dostrzegłem nowej winiety. Muszę przyznać, że jest dekadencko piękna i przypomina mi "Pożegnanie Afryką". Guard: Dziękuję, ale ja nie mam nowej winiety. K: Jak to nie, a drzewa, taśma filmowa? G: Były tam od zawsze :) K: Pierwszy raz je widzę. G: Tak, ale nie dzięki nowej winiecie u mnie, tylko nowej przeglądarce u Ciebie :) K: .... - /turlak/ G: Hihihi. To co Ty tam widziałeś na górze? K: Tylko napis, na szarym tle. G: To chyba myślałeś sobie, że mam straszliwie smętny blog? K: No :) G: /Kacio odkrywa uroki firefox'a/
Dziękuję K.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Moja z poetą rozmowa - koniec.
II /ciąg dalszy nie nastąpi/
Ale jeszcze można oddać swój głos na poetę: wysyłając sms na nr 7122, wpisując w treści G00257 http://jutrotodzistylezejutro.wordpress.com/
niedziela, 15 stycznia 2012
Moja z poetą rozmowa.
Tak to się potoczyło kiedyś, samosię :) Słowo za słowo, wers za wers, strofa za strofę. Do dziś mnie to zdumiewa, gdyż ja nie popełniam wierszy. Dlatego nietrudno zgadnąć będzie, które ze strof moje, a które poety. Damsko-męski słowny eksperyment wierszem. Pamiętasz Maxcel?
I c.d.n. /opublikowano za zgodą i zachętą Maxcela/ P.S. Poetę docenić można i warto, wysyłając sms na nr 7122, wpisując w treści G00257 http://jutrotodzistylezejutro.wordpress.com/ |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Często komentowane
Odwiedzane
Oglądane
Panie, kobiety, kobietki
Przydatne
CURRENT MOON |