surowe ciasto na zakalec
ZAPRASZAM

CURRENT MOON
poniedziałek, 08 lutego 2010
Recepta na miłość - Mesajah/HappySad

To nie miś... o nie :)

 

 

Każdego dnia...

 

 

I już! Jakie to proste! No i przydałaby się jeszcze odrobina pieprzu i będzie doskonale.

 

22:23, guardangel_d , Kobieta
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 lutego 2010
Terapia narodu za pomocą...

... seksu grupowego. Autobiograficzna powieść erotyczna :)

Wpadłam jak po ogień do empiku po książkę Dana Browna: "Zaginiony symbol". Spieszyło mi się, więc tylko omiotłam półki w zasięgu wzroku, nie szukając już niczego więcej, kiedy nagle mój wzrok przyciągnęła fioletowa okładka z dwoma nagimi damskimi tyłkami i tym intrygującym tytułem. Okazało się, że to zapiski bloga niejakiej Arundati. Ponoć to pseudonim osoby z polskiego show - biznesu :) i ponoć nawet kobiety :)

Póki co przeczytałam połowę i jakoś mnie zmuliło. Chyba przesyt seksem grupowym i innym. Muszę zrobić przerwę i zabrać się za Browna dla odmiany. Choć nie powiem, że źle się czyta. Autorka propaguje seks jako panaceum na wszystko zło tego świata, chociaż mam wątpliwości, czy taka terapia wyszłaby narodowi na zdrowie. A jak wygląda codzienność Arundati i jej przemyślenia? Tak w skrócie i w formie ocenzurowanej:

- penetruje toalety w lepszych warszawskich restauracjach, oceniając która nadaje się do pieprzenia (wejście za kotarą, z holu, lub na innym piętrze, coby nie było widać że wchodzi tandem),

- korzysta ze sklepu internetowego z kochankami (czaty, fora, anonsy itp, jako niewyczerpane źrodło rozkoszy :),

- pisze scenariusze swoim kochankom, co do przebiegu randki,

- realizuje je potem pasjami,

- odwiedza podmiejskie wille celem zakosztowania większej ilości kochanków jednocześnie,

- urządza maratony - seks rano, wieczór i w południe (nie wyłączając nocy itd),  z przerwami na lampkę wina, pizzę i dyskusje o polityce,

- stara się nie zakochać - z uwagi na zbyt duży wybór chyba, no i fakt że kochankowie z reguły żonaci i z gromadką dzieci,

- pisze instrukcje dla panów: "Jak masz mi to robić" i "Tak mi rób" - raczej nie odkrywcze, ale fajne, no i się odwdzięcza aktywnością, : "ideał jest w harmonii".

- o seksie pisze odważnie, bezpruderyjnie i nie jest to niesmaczne (może poza jednym fragmentem, który mnie zmroził, ale ją też, więc się nie czepiam),

- terapię uprawia wszędzie - w restauracjach, kinie, kinie porno, różnych willach, w samochodzie nad Wisłą, w bramie, na parkingu itd, itp

- nosi minispódniczki i pończoszki, unika majtek - jak na czterdziestolatkę odważne (to mini) :)

Mogłabym tak długo jeszcze, ale najważniejsze zawiera się w jednym zdaniu. Jest szczęśliwa i spełniona. Tak twierdzi. Ja sądzę, że jednak samotna i pełna lęków. O lękach pisze sama, o lęku przed śmiercią, przemijaniem itd. A samotność wyziera między wierszami i kłuje w oczy. Bo po tych maratonach terapeutycznych jej kochankowie wracają do swoich światów, żon, dzieci, a ona zostaje z tymi lękami sama. Boi się być z kimś i boi się nie być z nikim. I szuka coraz mocniejszych wrażeń, coraz większych wyzwań, żeby zapomnieć o tym strachu. Gdzie tu spełnienie?

I jeszcze jedno mi się tak nasuwa... skąd pomysł, że kobiety w ogóle trzeba przekonywać do seksu i uświadamiać im co lubią? Czy aż tak jesteśmy niespełnione, nieuświadomione, zakompleksione i wtłoczone w ramy Matki Polki Cierpiętnicy?

Oczywiście moja ciekawska natura każe mi się domyślać kto zacz, ta Arundati. W pierwszej chwili pomyślałam, że Hanna Bakuła :) ale jakoś trudno mi ją sobie wyobrazić jak biega po Warszawie w mini, pończochach, szpilkach i świeci gołym tyłkiem, no i autorka jednak młodsza jest (43 lata obecnie, co można wywnioskować z lektury).

Ma ktoś jakiś pomysł?

 

00:06, guardangel_d , Kobieta
Link Komentarze (6) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Syrop dobry na wszystko

Nie, żeby ktoś pytał, ale żyję :) Ostatnia notka nosiła tytuł: "Zimno..". Pusty śmiech! Zimno to jest teraz, czyli nic się nie zmieniło co do ogółu, a co do szczegółu to ... na gorsze :) bo zimniejsze.

Chyba zapadłam w sen zimowy notoryczny. Nawet odpalić komputera mi się nie chce, a jak już odpalę, to nie wiem po co. Mózg mi pracuje na zwolnionych obrotach. Cud, że udaje mi się dotrzeć do pracy, zanim trzeba z niej wyjść :) A we łbie wiatr hula i wszystkie myśli wywiewa skutecznie. Tak, że ... o czym to ja.... acha, że zimno :)

Siedzimy w pracy z tymi zamrożonymi móżdżkami, niby coś stukamy w klawiaturę, wszystko jakieś takie w zwolnionym tempie, nawet telefon dzwoni jakoś na pół gwizdka i do tego charczy mu w słuchawce. Wyraźnie podziębiony.

- Fajny kawał dostalam mailem - mówi Bogusia, pociągając nosem.

- O białym gównie co leci z nieba? - to by było 154 raz tej zimy.

- Nie, o aptece.

- Dawaj, bo coś mnie gardło zaczyna boleć - a nóż przejdzie bez recepty.

- Przychodzi facet do apteki. Podaje receptę Pani Farmaceutce, a tam stoi napisane:

"cc

nwctfd

dmjsins"

Pani robi wielkie oczy i wzywa kierownika, Pana Czesia. Ten rzuca okiem na receptę, podaje klientowi lek i sprawa załatwiona.

Panie Cześku, skąd pan wiedział o co chodziło? - pyta zdziwiona Pani Farmaceutka.

Aaaa, ten lekarz to mój kumpel. Napisał: "Cześć Czesiek, nie wiem co temu facetowi dolega, daj mu jakiś syrop i niech spierdala".

Hihihi...... Aaaaa....psik!

Chyba łyknę jakiegoś syropku, albo jajokoniaku, smaczniejszy :)

 

21:15, guardangel_d , Służbowe
Link Komentarze (10) »
niedziela, 13 grudnia 2009
Zimno...

Nie mam jakoś nastroju. Miałam nadzieję, że efekt cieplarniany to prawda, a nie ściema. I z tą nadzieją czekałam na wiosnę, licząc na to, że nie ujrzę śniegu, mrozu nie poczuję, i dotrwam w tym nijakim +4 - +8 do marca. A potem już tylko cieplej. I co? I jak wyszłam dzisiaj nieostrożnie z domu, to mi spodnie do nóg przymarzły. Efekt cieplarniany!!! - 6 w środku dnia. Prognozy optymityczne zakładają -15 w dniach najbliższych, pesymistyczne brzmią jak zapowiedzi z Syberii. Jak w tym dowcipie:

Kolega z Moskwy, dzwoni do kolegi na Syberię i pyta:

- No jak tam u was Sierioża, zimno?

- Eeee, tam zimno! Tak sobie.

- No jak to, w telewizji mówili że minus 40 stopni.

- A skąd, nie jest tak źle, da się wytrzymać. Herbaty się zaparzy, wódki popije, jakoś zdzierżymy.

- Poważnie, ostrzegają, że może być jeszcze zimniej, nawet - 50 stopni

- Aaaa, to chyba, że na zewnątrz.

U nas, póki co -8, ale herbaty się zaparzy... .

Niedawno czytałam trylogię Milenium Stiega Larssona. Niesamowita lektura. Wciąga po szyję. Jednak nie tyle o książkach chciałam, ale o mrozie. Rzecz dzieje się w Szwecji. Kraj do najcieplejszych nie należy, ale wyczytałam, że są tam takie mroźne miejsca, gdzie ptaki zamarzają w locie.!!!

Chyba nie mamy co narzekać. U nas póki co -8, herbaty się zaparzy... .

23:04, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 grudnia 2009
Miły dzień

Dzisiaj jest miły dzień, chociaż ostatnie czwartkowo - piątkowe wrażenia zapowiadały wszystko, co najgorsze. Miły, bo jakoś nikt się nie zastrzegł, co rzadkie i cenne (chyba na starość robię się upierdliwa nieco :). Nie spadł śnieg, co cieszy, bo ziąb taki jakby miało napadać po kolana, nawet opony wymieniłam wczoraj na zimowe. Zakupiłam kafle do łazienki dla rodziców, te upatrzone wcześniej, co były piękne i w promocji. Piękne są nadal, ale promocja sie skończyła, nie wiedzieć czemu. Chyba dlatego, że zaplanowałam je kupić :) Jakiś czas temu remontowałam łazienkę, wywaliłam wannę, bo zamarzyła mi się kabina prysznicowa. Kabina jest, a ja tęsknię za wanną :) Niestety jedno i drugie się nie zmieści. I teraz moi rodzice wpadli na ten sam pomysł, co w efekcie skutkuje moim absolutnym zaangażowaniem w ich remont. Oni remontują, a ja mam im wybrać kabinę, umywalkę, armaturę, płytki i ogólnie wymyśleć co i jak, bo miejsca w ich łazience jeszcze mniej niż w mojej, a ja już przecie to przerabiałam, to im doradzę. A jej, jak fajnie. Na szczęście ekipę remontową mają fajną. Bo moja strasznie niekomunikatywna była. Gadasz do pana, a pan "niby patrzy, niby słucha, tymczasem już blisko klamki" :) Cud, że skończyli, a ja nie zeszłam na zawał. Ci od rodziców jacyś tacy ludzcy się wydają, jak na budowlańców. Nie dziwią się, że chce się dodatkowe gniazdko, że przy okazji drzwi trzeba wymienić, czy sufit pomalować. Miłe. Miły dzień dzisiaj. I jeszcze był ksiądz z wizytą duszpasterską. Też miły.  Wcale się nie dziwił, że nie widuje nas w kościele. Młody jeszcze i ideowy. Ma zapał przyciągnąć młodzież do kościoła i ciagle go zdumiewa, że to takie trudne. Ale i tak nie przebił takiego jednego, młodego księżuli, który parę lat temu był u nas z wizytą i gitarą. Jak zobaczyłam tą gitarę, to pomyślałam z nadzieją, że może pożyczył ją od któregoś z sąsiadów. Akurat! Zapytał czy z nim zaśpiewamy! O żesz...  P miły, jak zawsze, powiedział, że oczywiście, zaśpiewamy, jakby w ogóle nie widział chęci mordu w moich oczach. No i zaśpiewaliśmy. A jakoś po godzinie zadzwoniła jego mama i oczywiście opowiedział jej o tym.

- I co zaśpiewaliście? - pyta mama.

- No jak to co? "Małgośkę" Rodowicz - P dowcipny

I uwierzyła!

Jednak meliśmy kiedyś w naszej parafii księdza przez duże K. To był ktoś przez duże K. Młody ksiądz, właściwie chłopak, ale niezwykły. Na jego kazania przychodzili ludzie z całego miasta. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, z czymś takim się nie zetknęłam i wiem, że to było coś niezwykłego, coś niezapomnianego, np. kazanie w Niedzielę Wielkanocną i padają takie słowa: " Alleluja, Chrystus zmartwychwstał! No i co z tego, jak i tak w to nie wierzycie..." :) Inne kazanie, w zwykłą niedzielę. Wychodzi ksiądz i wyciąga z plecaka pismo święte. Otwiera je, a potem zaczyna wydzierać z niego kartki z takim impetem, że budzą się wszystkie dyżurne babki dewotki w kościele. Budzą się i wytrzeszczają oczy na takie bezeceństwo. A on mówi: " Oburza was to? To tylko książka, zwykły papier. To nie papier jest święty, tylko zawarte w nim słowa. A Wy je depczecie i bluźnicie przeciwko nim każdego dnia. Wychodzicie z kościoła i natychmiast zapominacie wszystkie przykazania... ". A potem wchodzi pomiędzy ławki i wciska w ręce ludziom te wydarte kartki i mówi: "Proszę, można targać, podeptać, nawet opluć, nie krępujcie się, z książką możecie zrobić co chcecie. Co, trudno tak, podrzeć pismo swięte w kościele? To czemu w prawdziwym życiu to takie proste? Opluć i podeptać wszystko to, w co wierzycie?" Był niesamowity! I skuteczny. Już go nie ma u nas, podobno zjamuje się tzw. trudną młodzieżą.

To był miły dzień... powspominałam...



 

00:54, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (6) »
piątek, 04 grudnia 2009
Zastrzeżone... apdejt :)

Gdybym nie wiedziała, że Sinobrody do mnie nie zagląda, to pomyślałabym, że Sinobrody to bestia złośliwa, albo jaja sobie robi. Jeszcze trochę i zacznę podejrzewać spisek jakiś i zmowę milczenia, pt: "A ty guardangel poszła... w buraki" :) Póki co uznam, że to nowy, blogowy trend i tylko ja taka... zacofana...

No cóż... żegnaj Sinobrody, trzymaj się ciepło i nie daj się stagnacji!

Zakładka Zastrzeżone ma nowego lokatora.

Kto następny?

 

APDEJT do Apdejtu: Sinobrody odblokowany :)

I CIĄGLE APDEJT: I Sansenoi się odblokował i nawet Negrey się pokazał, co prawda twierdzi, że na chwilę, ale jednak!

Niektórych to trzeba czasami porządnie opier... bo ani rusz!

22:51, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 grudnia 2009
Zastrzeżone... Negrey, Sansenoi i inni

Każdy na blogu ma jakieś zakładki, miejsca które odwiedza, czasem zostawia jakiś ślad w formie komentarza, czasami tylko ślad w statystykach. Na moim blogu też tak jest. Jeszcze. I nie wiem jak długo jeszcze. Ostatnio moje możliwości odwiedzania miejsc, które polubiłam kurczą się niemożliwie szybko. Nawet utworzyłam specjalną zakładkę: ZASTRZEŻONE. Wszystkie te miejsca, do których drzwi zatrzaśnięto mi przed nosem i zapomniano wręczyć klucz :) Dzisiaj zatrzasnęły się dla mnie kolejne drzwi. I to czyje? SANSENOI!!! Powiem szczerze - tego się nie spodziewałam się. Zaglądam zaciekawiona, co u niego nowego, bo u niego zawsze coś się dzieje. I co? I pocałowałam klamkę. No wiesz co, Sansenoi? No nic, właściwie. Żegnaj i trzymaj się ciepło. Przeniosę Cię do Zastrzeżonych, a jak już przeniosę tam resztę moich zakładek, będę mogła z czystym sumieniem zastrzec swojego bloga i wyrzucić klucz :)

Po co mi właściwie taka zakładka? Bo zdarza sie, że zastrzeżeni zaglądają do mnie, chociaż ja do nich nie mogę. I może przeczytają tą notkę, może ruszy ich sumienie, zrobi się im głupio, spurpurowieją im uszy i się szybko odblokują.

A jak nie... to nie :)

Trudno!

23:37, guardangel_d
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Bezsenność

Nie, nie cierpię na bezsenność. Tak, mam zamiar zacząć. Moje sny zaczynają przyprawiać mnie o lęki. Zawsze były kolorowe, filmowe, fabularne, czasami straszne. Najczęściej je pamiętam i to tak dobrze, że zdarza mi się przyśnić ciąg dalszy. Zazwyczaj wiem, skąd się biorą. Z moich lęków i frustracji wyniesionych z dzieciństwa (staw przy domu mojej babci, w którym parę razy we śnie się topiłam), z tęsknoty za bliskimi, których już nie ma, z mojej fascynacji związanej z morzem (te bardzo lubię, bo są wakacyjne, ciepłe, fajne i mogę odpocząć. Kiedy się budzę, to tak jakbym wracała z urlopu). Uwielbiam sny o lataniu. Niesamowite. I te z gatunku SF. O UFO. Jeden z nich pamiętam, jakby śnił mi się wczoraj. Ogromny statek kosmiczny nad głową. I myśl, że teraz już wiemy na pewno, że nie jesteśmy sami. Są też wojenne. Te nie wiem skąd się wzięły, ale mają coś, co sprawia, że się nie boję. Zawsze, kiedy śnią mi się jakieś wojenne przeżycia wiem, że śnię. I, że się obudzę ;) Tylko dwa razy śniłam o wojnie, bez tej świadomości. Raz była to strzelanina na cmentarzu, ja kryłam się dość skutecznie za nagrobkami. Obudziłam się, zanim mnie ustrzelili. Drugi sen pamiętam za to ze wszystkimi szczegółami i pamiętam dokładnie grozę, jaką czułam. Pamiętam, jak było mi zimno i jak bardzo się bałam. Siedziałam na metalowym stole, w pasiastej koszuli, w pomieszczeniu o betonowych ścianach z gołą żarówką u sufitu, a mimo to było tak jasno, że światło mnie prawie oślepiało. A w głębi pomieszczenia, nad zlewem, mężczyzna w białym fartuchu mył ręce. Czasami patrzył na mnie. Pamiętam jego twarz, jego oczy. I czające się w nich okrucieństwo. Obudziłam się, zanim skończył mycie. Nigdy, przenigdy nie chciałabym, żeby przyśnił mi się ciąg dalszy.

Jednak ostatnio, przyśnił mi się sen, który sprawił, że po przebudzeniu, zdjęła mnie groza. Wesołe miasteczko. Mnóstwo ludzi, muzyka, balony i wata cukrowa na patykach. A ja się nie bawię, nie śmieję. Ja się chowam, uciekam. Wsiadam do wagonika kolejki, coś jak rollercoaster. Jestem w nim sama. Kolejka rusza, nabiera pędu, a ja już wiem, że teraz nikt mnie nie dogoni, nie złapie. Ogarnia mnie euforia. i nawet nie jestem zdziwiona, że obok mnie siedzi mężczyzna. Jest. Wsiadł po drodze. Uśmiecha się. I mówi:

- Jesteś głodna? Wystarczy sięgnąć. Nie bój się. To łatwe. Wyciągnij rękę i weź co chcesz. Możesz wszystko.

Wyciągam rękę i łapię za kołnierz jakiegoś mężczyznę. Jest lekki jak szmaciana lalka.W jego oczach widzę przerażenie. Nie wiem kim jest i nic mnie to nie obchodzi. Przybliżam usta do jego szyi i wbijam w nią zęby. Czuję dwa uderzenia ciepłej krwi w podniebienie, w czasie równym dwóm uderzeniom jego serca. Właściwie nie czuję smaku, czuję życie. Musujące i wytrawne jak szampan. Przeraża mnie to tak bardzo, że odrzucam go od siebie i wtedy się budzę. I już wiem, że to był sen. Tylko co to miałoby znaczyć? Skąd się wzięło? Nie oglądałam dawno żadnego horroru o wampirach. Ostatni jakieś 10 lat temu. Nie czytałam też nic z takiej tematyki. Skąd w takim razie taki sen? Patrzę na zegar, jest 4.17

I już nie chcę zasnąć. Leżę przykryta po szyję, z szeroko otwartymi oczami. W ustach mam ciągle wrażenie ... życia, musujące i wytrawne. Tyko, że ja nie chcę  tego czuć. Już nigdy. Bezsenność staje się nagle całkiem miłą alternatywą.

00:21, guardangel_d , Sennik
Link Komentarze (2) »
środa, 11 listopada 2009
Listopadowe... kulki

Toniemy w błocie i strugach deszczu. Nawet piesio niechętnie wyściubia nos z domu. Cóż... listopad jak malowany. Tak szaro i ponuro, że człowiek zapomina, że umie się uśmiechać. I żeby tak całkiem nie zapomnieć, urządziliśmy wczoraj imprezę pracową pt.: "Szkolenie, czyli lecimy w kulki", tzn. po wykwintnym obiedzie: rosołek i schabowy z kapustą, oddaliśmy się bojom turniejowym. Kręgielnia na cztery tory. Drużyny uformowały się spontanicznie, kto gdzie stał, tam się załapał. I poszło jakoś, tzn. poleciało jak kulą w płot. Faceci to mają fory od razu, bo wystarczy że walną w środek, co wcale nie jest takie trudne. Mają po prostu więcej siły i jak już coś przewrócą, to z takim impetem, że nie ma możliwości, żeby to przewrócone coś, nie przewróciło całej reszty cosiów. Poza tym, ponieważ mają więcej siły, to biorą okropecznie ciężkie kule, które przeracają wszystko co mogą, samym swoim ciężarem. Na szczęście napitków nie brakowało, a że faceci mają zazwyczaj też większe pragnienie, jak już się tak namachają tymi ciężkimi kulami, to z każdym wchłoniętym piwem, czy drinkiem, trudniej im trafić w środek. I tu upatruję powód osiągnięcia swoich całkiem nienajgorszych wyników. Raz nawet wygrałam całą rundę. Straty: jeden złamany paznokieć (prawy kciuk), obolały prawy bark i lewa część tyłka oraz niechybny wzrost wagi z powodu nieprzeciętnej wielkości schabowego (swoją drogą niemożliwe że istnieją aż tak duże świnie, ani chybi mutanty) oraz różnych przekąsek i sałatek pochłoniętych nie wiedzieć po co, w ilościach idących w kilogramy. Jednak są też zyski :), dawno się tak nie uśmiałam. A śmiech to zdrowie! Teraz już zima, razem z jej świńskimi i innymi grypami, mi nie straszna. Nie ma szans, żeby mnie powaliła. Nie po takiej ilości śmiechu i wyjałowieniu organizmu trunkami wysokoprocentowymi. Na wszelki wypadek, pod koniec listopada robimy powtórkę. Tym razem na skalę ogólnopolską, w Poznaniu. Absencja, z powodu L4 pracowników tej firmy nie ma racji bytu. Nie ma co się łudzić, w Zarządzie same chytrusy!!! Nawet pochorować nie dadzą. Swoją drogą, ciekawe, czy to nie podpada pod mobbing?

21:58, guardangel_d , Służbowe
Link Komentarze (23) »
sobota, 31 października 2009
Listopadowa... Polonia

Notka listopadowa będzie, bo ja chyba jakaś jesienna jestem, w sensie samopoczucia, charakteru i nawyku. Pamiętam, kiedyś na angielskim mieliśmy napisać jaka jest nasza ulubiona pora roku. Ja oczywiście napisałam, że jesień. Bo to ładny angielski wyraz, podobnie jak parasol (co wykorzystała perfidnie niejaka Rihanna, czy jak jej tam, w pieśni), a poza tym, moje słownictwo ograniczyło mnie znacznie w wyrażaniu uwielbienia dla pór roku. O ile pamiętam, to pisałam coś o łóżku czy fotelu i książce, czyli że lubię, bo wtedy łatwo się przeziębić, a potem leżeć w ciepłym łóżeczku i czytać książki, co jest moim ulubionym zajęciem :) Panią nauczycielkę dość to ubawiło pamiętam. Jedyne wiersze jakie kojarzę ze szkoły to, że w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i noc listopadowa, czyli że mgła. I fajnie, bo niby ja taka jesienna jestem. To czemu w takim razie tak beznadziejnie się czuję? Szaro, buro i ponuro. Toż przecie powinnam być pełna wigoru i fruwać do pracy, na zakupy, ze ścierą po mieszkaniu, z książką w łóżku. Jakoś mi tego wigoru brakuje. Może ja wigor powinnam sobie kupić? No tak, tylko jaki? Jeden z czymś tam na mózg, czy inny, z czymś innym na mięśnie, czy jeszcze inny na katar? Potęga reklamy. Przekleństwo reklamy. Przekonałam się o tym na wywczasach, kiedy to wieczorami próbowaliśmy zapuścić tv. Z polskich stacji tylko Polonia. I dobrze, bo można było jakieś wieści z kraju zobaczyć. Ale ja przepraszam, co to za telewizja? I to idzie na cały świat? Te smęty? Pierwszy raz w życiu to oglądałam i jestem w szoku do dziś. Tematyka powalająca. Wojna i okoliczności okołowojenne, czaszka z Katynia (żeńska), genealogia rodziny Pana od warszawskich Łazienek, jelenie na rykowisku (dla myśliwych), a potem znowu wojna. Ja rozumiem, że pamiętać trzeba, ale świat poszedł na przód!!! Jakieś proporcje wypadałoby zachować, bo inaczej ludziska na całym świecie pomyślą, że u nas ciągle okupacja. I furmanki na ulicach, że o wychodkach z deklem i serduszkiem nie wspomnę. No zgroza. Nic dziwnego, że ta zgroza zbyt wielu reklamodawców nie przyciąga. Idzie pięć reklam w kółko. Szeroka baba z witaminami dla dzieci, druga co chciała na karuzelę, ale ją głowa rozbolała i musiała zażyc tabletkę, pralka co calgonitu nie miała i nieśmiertelny odplamiacz. Ten mi działa na nerwy, jak żaden. Czyli chłopczyk, co rzuca pizzą i plami spodenki, jak mu sztuczka nie wychodzi, a potem się głupio pyta, co na obiad? A żryj z podłogi!!! - po 30 razie samo się ciśnie na usta.

22:37, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 października 2009
Wygnanie z raju

Właśnie na własnej skórze przekonałam się, jak czuła się Ewa, po wygnaniu z raju. I wygnana zostałam bez... jabłka. Rano ocean, ciepły piasek, leżaczek i palma, a wieczorkiem ziąb, deszcz i do domu daleko. Bo jeszcze trzeba było przebijać się przez mgły, cztery godziny samochodem. I tak dobrze, że stał ciągle po tych dwóch tygodniach rozłąki i nawet nie trzeba było spod śniegu odgrzebywać, bo ten zdążył stopnieć.

Wrócilam cała, zdrowa, opalona i ... chcę z powrotem !!!! Najlepiej od razu. W życiu tyle nie wypoczęłam, co na tej wyspie wcale nie bezludnej, chociaż na pierwszy rzut oka... mogłaby za taką uchodzić. Ziemia jałowa, spalona, pokryta popiołem wulkanicznym i morzem lawy. Lawa jest wszędzie, Spływa z gór i zagląda wgłąb morza. Nie tylko czarna, bo i czerwona, brązowa i żółta. Wygląda to jak morze zastygłego błota. Z tego morza lawy wychodzą całkiem ładne naszyjniki i bransoletki, biżuteria to lawa i olivina. Ta ostatnia to kamień półszlachetny, całkiem ładny, głównie zielony!!!

Są też plaże, piaszczyste (bo sztuczne) słoneczne, pełne kolorowych parasolek z leżaczkami i murzynów sprzedających zegarki. I palmy i aloesy i fikusy i kaktusy.

I są niesamowite, hiszpańskie tapas z sosami mojo, pyszne mohito ze świeżą miętą i rumy na miodzie. I różne inne cuda, o czym kiedy indziej, bo już późno, a rano do pracy.

Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie - chcę z powrotem do raju.

00:14, guardangel_d , W podróży
Link Komentarze (10) »
niedziela, 04 października 2009
Na walizkach

Piszę pierwszą notkę po zmianach na bloxie :) Chyba coś długo mnie tu nie było. I znowu długo nie będzie. Jutro wieczorkiem ruszam w podróż. Tylko ja i P i wyspa. Niestety nie bezludna, chociaż marzy mi się, żeby pusto wokół się zrobiło. Pusto nie będzie, ale mam nadzieję urokliwie. I ciepło. Dziwnie tak było chodzić po sklepach i rozglądać się za letnią sukienką w październiku :) Oczywiście nie kupiłam, bo już takich w sklepach nie ma. No nic, obejdzie się. Jakaś kiecka się jeszcze w szafie znajdzie, a i tak pewnie jej nie założę. Marzyła mi się ta podróż długo, a w końcu jakoś dziwnie mi teraz wyjeżdżać, taki niepokój mam w duszy. Może to znaczy, że będzie fajnie. Bo zazwyczaj, jak się na coś cieszę, to potem blado to wygląda. I tego się będę trzymać :)

Wy też się trzymajcie, najlepiej ciepło, bo tego ciepełka to teraz za wiele już nie będzie. Ja mam przedłużone lato i to jest najfajniejsze. Ciągle lato. Do czasu, dopóki nie wyląduję za dwa tygodnie taka wygrzana i jak nie walnie we mnie ten cały ziąb... brrr, już czuję ten niechybny katar i ból gardła. Jednak tym, jak nie przymierzając Scarlet O'Hara, będę się martwić za dwa tygodnie.

No to komu w drogę...

 

 

23:28, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (10) »
sobota, 22 sierpnia 2009
Urlop, urlop i ... przed urlopem

Dziwnie w tym roku jakoś sie porobiło. Sierpień ma się ku końcowi, ostatnie niedobitki wracają z urlopów, w sklepach głównie piórniki i zeszyty. A ja? Ciągle przed urlopem :) I fajne to. Bo kiedy wszyscy bedą z westchnieniem żegnać resztki opalenizny, popatrywać na zdjęcia znad ciepłych mórz, popijając herbatki z miodem i cytryną i zasuwać do pracy, zgarbieni pod parasolami, człapiąc niechętnie przez kałuże, ja będę grzać kości w słońcu, ciepełku i błogim lenistwie. Urlop w październiku TO JEST TO!!! Całe dwa tygodnie w kanaryjskim raju :) na Lanzarote!!! Niedużej, wulkanicznej, urokliwej i mam nadzieję niezatłoczonej w tym czasie. Owszem zaliczyłam tydzień wolnego w lecie. Sama w domu, nie licząc psa :) Niby nuda, monotonia, P z córką na wywaczasach w Niemczech, ja zostałam w domu, ze względu na tatę no i piesa naszego. Ale jak się całe życie ciągle z kimś mieszka (najpierw rodzice, potem mąż, potem dzieci) to taki tydzień samotności też bywa emocjonujący. Na ten przykład, późny wieczór, około północy, leżę w pościeli i czytam. Nagle słyszę jakiś szum, jakby woda się lała. Idę do łazienki i faktycznie się leje. Kran w umywalce odkręcony i woda leci z wesołym pluskiem, całkiem sporym strumieniem. Najpierw zakręciłam. Potem wpadłam w popłoch, zastanawiając się kto odkręcił ten cholerny kurek. Aluś, pies mądry i pomysłowy, ale o takie zdolności to go nie podejrzewam. Bałam się wyjść z tej łazienki, w obawie, że spotkam tego co mi wrednie kran odkręcił. Nikogo nie spotkalam, ale co się wystraszyłam to moje. I takie to byly na razie moje wakacje. Czekam na wyjazd. Poszalejemy z P w oceanie, pozwiedzamy, pobyczymy się. Byle do października.

21:32, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (15) »
piątek, 17 lipca 2009
Wieszak na parasole

Operacja sie udała, pacjent żyje i ma się dobrze, nie licząc pokrojonej nogi. Jeszcze przed, tata się zastanawiał, jak to jest z taką śrubką w nodze.

- To chyba będzie wystawać - zastanawia się tata, oglądając swoje wątłe udo.

- Jak to wystawać? A po co ma wystawać? W środku przecież będzie ta śruba, tam gdzie masz kość.

- Temu panu, co dzisiaj wyszedł do domu wystawało, takie żelastwo miał z jednej strony, a z drugiej jakieś druty - tata strasznie blady się zrobił jak o tym mówił.

- Ale to samo mu robili co tobie? Też mu nogę śrubowali? - ciężko mi coś uwierzyć w te druty w nodze.

- Nie, w ręce miał. Ale co za różnica? Do nogi tylko więcej drutu będzie trzeba.

- Ale ty masz mieć śrubę, nie drut - nie wiedzieć czemu jakoś noga zaczyna mnie boleć, co prawda w kostce, ale zawsze.

- Mówię ci, że to będzie wystawać na zewnątrz, przecież muszą to potem jakoś wyjąć - tata sie upiera, w końcu przez te dwa tygodnie na oddziale, liznął trochę tej ortopedii.

- No cóż... przez bramkę na lotnisku nie przejdziesz, ale za to na spacerach będziesz miał na czym powiesić parasol - trzeba było jakoś rozładować tą atmosferę grozy :) Tata się uśmiał, a śmiech to zdrowie.

Już po strachu. I nic nie wystaje. Trochę boli, jak to świeża rana, ale jest nieźle. I to bardzo optymistyczny prognostyk.


 

22:12, guardangel_d , Facet
Link Komentarze (27) »
wtorek, 14 lipca 2009
Gdzie ta kasa?

Dzwoni Mariolka:

- Dostałaś już pieniądze na konto?

- No pewnie, juz dawno

- Tak? Ja jeszcze nie dostałam.

- To zadzwoń do Warszawy, zapytaj co z twoją kasą. A rachunek wysłałaś?

- Tak, wg tego wzoru, ktory mi wysłałaś.

- A poprawiłeś dane? Wpisałaś dobry numer konta?

- No wiesz? Pewnie. Z resztą tam był numer konta.

- Był, ale to był numer konta Sabiny. Poprawiłaś na swoje?

- Eeeee... nie pamiętam, chyba poprawiłam. Nie, no na pewno poprawiłam. Myślisz, że mogłam nie poprawić?

- Nie wiem, sprawdź sobie, skoro ciągle nie ma wpłaty.


Tuż po naszej rozmowie telefon odbiera Sabina. Mariolka pyta, czy przypadkiem na konto Sabiny nie wpłynęły jej pieniądze :) Oh... ta Mariolka. Szkoda, że nie podałam jej mojego konta :)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10