surowe ciasto na zakalec
ZAPRASZAM

CURRENT MOON
środa, 11 listopada 2009
Listopadowe... kulki

Toniemy w błocie i strugach deszczu. Nawet piesio niechętnie wyściubia nos z domu. Cóż... listopad jak malowany. Tak szaro i ponuro, że człowiek zapomina, że umie się uśmiechać. I żeby tak całkiem nie zapomnieć, urządziliśmy wczoraj imprezę pracową pt.: "Szkolenie, czyli lecimy w kulki", tzn. po wykwintnym obiedzie: rosołek i schabowy z kapustą, oddaliśmy się bojom turniejowym. Kręgielnia na cztery tory. Drużyny uformowały się spontanicznie, kto gdzie stał, tam się załapał. I poszło jakoś, tzn. poleciało jak kulą w płot. Faceci to mają fory od razu, bo wystarczy że walną w środek, co wcale nie jest takie trudne. Mają po prostu więcej siły i jak już coś przewrócą, to z takim impetem, że nie ma możliwości, żeby to przewrócone coś, nie przewróciło całej reszty cosiów. Poza tym, ponieważ mają więcej siły, to biorą okropecznie ciężkie kule, które przeracają wszystko co mogą, samym swoim ciężarem. Na szczęście napitków nie brakowało, a że faceci mają zazwyczaj też większe pragnienie, jak już się tak namachają tymi ciężkimi kulami, to z każdym wchłoniętym piwem, czy drinkiem, trudniej im trafić w środek. I tu upatruję powód osiągnięcia swoich całkiem nienajgorszych wyników. Raz nawet wygrałam całą rundę. Straty: jeden złamany paznokieć (prawy kciuk), obolały prawy bark i lewa część tyłka oraz niechybny wzrost wagi z powodu nieprzeciętnej wielkości schabowego (swoją drogą niemożliwe że istnieją aż tak duże świnie, ani chybi mutanty) oraz różnych przekąsek i sałatek pochłoniętych nie wiedzieć po co, w ilościach idących w kilogramy. Jednak są też zyski :), dawno się tak nie uśmiałam. A śmiech to zdrowie! Teraz już zima, razem z jej świńskimi i innymi grypami, mi nie straszna. Nie ma szans, żeby mnie powaliła. Nie po takiej ilości śmiechu i wyjałowieniu organizmu trunkami wysokoprocentowymi. Na wszelki wypadek, pod koniec listopada robimy powtórkę. Tym razem na skalę ogólnopolską, w Poznaniu. Absencja, z powodu L4 pracowników tej firmy nie ma racji bytu. Nie ma co się łudzić, w Zarządzie same chytrusy!!! Nawet pochorować nie dadzą. Swoją drogą, ciekawe, czy to nie podpada pod mobbing?

21:58, guardangel_d
Link Komentarze (16) »
sobota, 31 października 2009
Listopadowa... Polonia

Notka listopadowa będzie, bo ja chyba jakaś jesienna jestem, w sensie samopoczucia, charakteru i nawyku. Pamiętam, kiedyś na angielskim mieliśmy napisać jaka jest nasza ulubiona pora roku. Ja oczywiście napisałam, że jesień. Bo to ładny angielski wyraz, podobnie jak parasol (co wykorzystała perfidnie niejaka Rihanna, czy jak jej tam, w pieśni), a poza tym, moje słownictwo ograniczyło mnie znacznie w wyrażaniu uwielbienia dla pór roku. O ile pamiętam, to pisałam coś o łóżku czy fotelu i książce, czyli że lubię, bo wtedy łatwo się przeziębić, a potem leżeć w ciepłym łóżeczku i czytać książki, co jest moim ulubionym zajęciem :) Panią nauczycielkę dość to ubawiło pamiętam. Jedyne wiersze jakie kojarzę ze szkoły to, że w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i noc listopadowa, czyli że mgła. I fajnie, bo niby ja taka jesienna jestem. To czemu w takim razie tak beznadziejnie się czuję? Szaro, buro i ponuro. Toż przecie powinnam być pełna wigoru i fruwać do pracy, na zakupy, ze ścierą po mieszkaniu, z książką w łóżku. Jakoś mi tego wigoru brakuje. Może ja wigor powinnam sobie kupić? No tak, tylko jaki? Jeden z czymś tam na mózg, czy inny, z czymś innym na mięśnie, czy jeszcze inny na katar? Potęga reklamy. Przekleństwo reklamy. Przekonałam się o tym na wywczasach, kiedy to wieczorami próbowaliśmy zapuścić tv. Z polskich stacji tylko Polonia. I dobrze, bo można było jakieś wieści z kraju zobaczyć. Ale ja przepraszam, co to za telewizja? I to idzie na cały świat? Te smęty? Pierwszy raz w życiu to oglądałam i jestem w szoku do dziś. Tematyka powalająca. Wojna i okoliczności okołowojenne, czaszka z Katynia (żeńska), genealogia rodziny Pana od warszawskich Łazienek, jelenie na rykowisku (dla myśliwych), a potem znowu wojna. Ja rozumiem, że pamiętać trzeba, ale świat poszedł na przód!!! Jakieś proporcje wypadałoby zachować, bo inaczej ludziska na całym świecie pomyślą, że u nas ciągle okupacja. I furmanki na ulicach, że o wychodkach z deklem i serduszkiem nie wspomnę. No zgroza. Nic dziwnego, że ta zgroza zbyt wielu reklamodawców nie przyciąga. Idzie pięć reklam w kółko. Szeroka baba z witaminami dla dzieci, druga co chciała na karuzelę, ale ją głowa rozbolała i musiała zażyc tabletkę, pralka co calgonitu nie miała i nieśmiertelny odplamiacz. Ten mi działa na nerwy, jak żaden. Czyli chłopczyk, co rzuca pizzą i plami spodenki, jak mu sztuczka nie wychodzi, a potem się głupio pyta, co na obiad? A żryj z podłogi!!! - po 30 razie samo się ciśnie na usta.

22:37, guardangel_d
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 października 2009
Wygnanie z raju

Właśnie na własnej skórze przekonałam się, jak czuła się Ewa, po wygnaniu z raju. I wygnana zostałam bez... jabłka. Rano ocean, ciepły piasek, leżaczek i palma, a wieczorkiem ziąb, deszcz i do domu daleko. Bo jeszcze trzeba było przebijać się przez mgły, cztery godziny samochodem. I tak dobrze, że stał ciągle po tych dwóch tygodniach rozłąki i nawet nie trzeba było spod śniegu odgrzebywać, bo ten zdążył stopnieć.

Wrócilam cała, zdrowa, opalona i ... chcę z powrotem !!!! Najlepiej od razu. W życiu tyle nie wypoczęłam, co na tej wyspie wcale nie bezludnej, chociaż na pierwszy rzut oka... mogłaby za taką uchodzić. Ziemia jałowa, spalona, pokryta popiołem wulkanicznym i morzem lawy. Lawa jest wszędzie, Spływa z gór i zagląda wgłąb morza. Nie tylko czarna, bo i czerwona, brązowa i żółta. Wygląda to jak morze zastygłego błota. Z tego morza lawy wychodzą całkiem ładne naszyjniki i bransoletki, biżuteria to lawa i olivina. Ta ostatnia to kamień półszlachetny, całkiem ładny, głównie zielony!!!

Są też plaże, piaszczyste (bo sztuczne) słoneczne, pełne kolorowych parasolek z leżaczkami i murzynów sprzedających zegarki. I palmy i aloesy i fikusy i kaktusy.

I są niesamowite, hiszpańskie tapas z sosami mojo, pyszne mohito ze świeżą miętą i rumy na miodzie. I różne inne cuda, o czym kiedy indziej, bo już późno, a rano do pracy.

Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie - chcę z powrotem do raju.

00:14, guardangel_d
Link Komentarze (10) »
niedziela, 04 października 2009
Na walizkach

Piszę pierwszą notkę po zmianach na bloxie :) Chyba coś długo mnie tu nie było. I znowu długo nie będzie. Jutro wieczorkiem ruszam w podróż. Tylko ja i P i wyspa. Niestety nie bezludna, chociaż marzy mi się, żeby pusto wokół się zrobiło. Pusto nie będzie, ale mam nadzieję urokliwie. I ciepło. Dziwnie tak było chodzić po sklepach i rozglądać się za letnią sukienką w październiku :) Oczywiście nie kupiłam, bo już takich w sklepach nie ma. No nic, obejdzie się. Jakaś kiecka się jeszcze w szafie znajdzie, a i tak pewnie jej nie założę. Marzyła mi się ta podróż długo, a w końcu jakoś dziwnie mi teraz wyjeżdżać, taki niepokój mam w duszy. Może to znaczy, że będzie fajnie. Bo zazwyczaj, jak się na coś cieszę, to potem blado to wygląda. I tego się będę trzymać :)

Wy też się trzymajcie, najlepiej ciepło, bo tego ciepełka to teraz za wiele już nie będzie. Ja mam przedłużone lato i to jest najfajniejsze. Ciągle lato. Do czasu, dopóki nie wyląduję za dwa tygodnie taka wygrzana i jak nie walnie we mnie ten cały ziąb... brrr, już czuję ten niechybny katar i ból gardła. Jednak tym, jak nie przymierzając Scarlet O'Hara, będę się martwić za dwa tygodnie.

No to komu w drogę...

 

 

23:28, guardangel_d
Link Komentarze (10) »
sobota, 22 sierpnia 2009
Urlop, urlop i ... przed urlopem

Dziwnie w tym roku jakoś sie porobiło. Sierpień ma się ku końcowi, ostatnie niedobitki wracają z urlopów, w sklepach głównie piórniki i zeszyty. A ja? Ciągle przed urlopem :) I fajne to. Bo kiedy wszyscy bedą z westchnieniem żegnać resztki opalenizny, popatrywać na zdjęcia znad ciepłych mórz, popijając herbatki z miodem i cytryną i zasuwać do pracy, zgarbieni pod parasolami, człapiąc niechętnie przez kałuże, ja będę grzać kości w słońcu, ciepełku i błogim lenistwie. Urlop w październiku TO JEST TO!!! Całe dwa tygodnie w kanaryjskim raju :) na Lanzarote!!! Niedużej, wulkanicznej, urokliwej i mam nadzieję niezatłoczonej w tym czasie. Owszem zaliczyłam tydzień wolnego w lecie. Sama w domu, nie licząc psa :) Niby nuda, monotonia, P z córką na wywaczasach w Niemczech, ja zostałam w domu, ze względu na tatę no i piesa naszego. Ale jak się całe życie ciągle z kimś mieszka (najpierw rodzice, potem mąż, potem dzieci) to taki tydzień samotności też bywa emocjonujący. Na ten przykład, późny wieczór, około północy, leżę w pościeli i czytam. Nagle słyszę jakiś szum, jakby woda się lała. Idę do łazienki i faktycznie się leje. Kran w umywalce odkręcony i woda leci z wesołym pluskiem, całkiem sporym strumieniem. Najpierw zakręciłam. Potem wpadłam w popłoch, zastanawiając się kto odkręcił ten cholerny kurek. Aluś, pies mądry i pomysłowy, ale o takie zdolności to go nie podejrzewam. Bałam się wyjść z tej łazienki, w obawie, że spotkam tego co mi wrednie kran odkręcił. Nikogo nie spotkalam, ale co się wystraszyłam to moje. I takie to byly na razie moje wakacje. Czekam na wyjazd. Poszalejemy z P w oceanie, pozwiedzamy, pobyczymy się. Byle do października.

21:32, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (15) »
piątek, 17 lipca 2009
Wieszak na parasole

Operacja sie udała, pacjent żyje i ma się dobrze, nie licząc pokrojonej nogi. Jeszcze przed, tata się zastanawiał, jak to jest z taką śrubką w nodze.

- To chyba będzie wystawać - zastanawia się tata, oglądając swoje wątłe udo.

- Jak to wystawać? A po co ma wystawać? W środku przecież będzie ta śruba, tam gdzie masz kość.

- Temu panu, co dzisiaj wyszedł do domu wystawało, takie żelastwo miał z jednej strony, a z drugiej jakieś druty - tata strasznie blady się zrobił jak o tym mówił.

- Ale to samo mu robili co tobie? Też mu nogę śrubowali? - ciężko mi coś uwierzyć w te druty w nodze.

- Nie, w ręce miał. Ale co za różnica? Do nogi tylko więcej drutu będzie trzeba.

- Ale ty masz mieć śrubę, nie drut - nie wiedzieć czemu jakoś noga zaczyna mnie boleć, co prawda w kostce, ale zawsze.

- Mówię ci, że to będzie wystawać na zewnątrz, przecież muszą to potem jakoś wyjąć - tata sie upiera, w końcu przez te dwa tygodnie na oddziale, liznął trochę tej ortopedii.

- No cóż... przez bramkę na lotnisku nie przejdziesz, ale za to na spacerach będziesz miał na czym powiesić parasol - trzeba było jakoś rozładować tą atmosferę grozy :) Tata się uśmiał, a śmiech to zdrowie.

Już po strachu. I nic nie wystaje. Trochę boli, jak to świeża rana, ale jest nieźle. I to bardzo optymistyczny prognostyk.


 

22:12, guardangel_d , Facet
Link Komentarze (27) »
wtorek, 14 lipca 2009
Gdzie ta kasa?

Dzwoni Mariolka:

- Dostałaś już pieniądze na konto?

- No pewnie, juz dawno

- Tak? Ja jeszcze nie dostałam.

- To zadzwoń do Warszawy, zapytaj co z twoją kasą. A rachunek wysłałaś?

- Tak, wg tego wzoru, ktory mi wysłałaś.

- A poprawiłeś dane? Wpisałaś dobry numer konta?

- No wiesz? Pewnie. Z resztą tam był numer konta.

- Był, ale to był numer konta Sabiny. Poprawiłaś na swoje?

- Eeeee... nie pamiętam, chyba poprawiłam. Nie, no na pewno poprawiłam. Myślisz, że mogłam nie poprawić?

- Nie wiem, sprawdź sobie, skoro ciągle nie ma wpłaty.


Tuż po naszej rozmowie telefon odbiera Sabina. Mariolka pyta, czy przypadkiem na konto Sabiny nie wpłynęły jej pieniądze :) Oh... ta Mariolka. Szkoda, że nie podałam jej mojego konta :)

 

poniedziałek, 06 lipca 2009
W gorącej wodzie kąpany!

Tak dawno mnie tu nie było..., aż dziwne, że jeszcze ktoś tu zagląda :) To miła niespodzianka. Wręcz nie wypada nic nie napisać. A to takie trudne nagle się zrobiło, to pisanie. Jednak z każdym dniem przerwy coraz trudniejsze, więc postanowiłam nie piętrzyć trudności i skrobnąć coś, choćby na siłę :) Porywająca to lektura nie będzie, ale takiej i tak nikt się nie spodziewa, to i się nie rozczaruje!

Tym razem będzie o szkodliwym wpływie higieny na ludzkie zdrowie. I o tym, że z powodu zapominalstwa, nie tylko bolą nogi, ale też można sobie porządnie strzaskać tyłek. Zapominalska to moja mama, a miłośnik higieny, ofiara tego zapominalstwa, to mój tata. Mama wybrała się do kościoła i zapomniała kluczy, a tata poszedł się kąpać. Już pomijam fakt, że człowiek, który wiek młodzieńczy ma dawno za sobą, nie powinien chodzić się kąpać, kiedy jest sam w domu, jeśli nie musi, bo nie mieszka sam. A nóż zasłabnie? Przewróci się, albo na ten przykład utopi czy zaczadzi? Ale czy człowiek w pewnym wieku, niemłodzieńczym o tym myśli? W życiu! A potem było tak: mama wróciła, a że nie miała kluczy zadzwoniła na domofon. Tata wyskoczył z wanny w tempie ekspresowym, w jeszcze szybszym się wytarł, wyskoczył z łazienki jak z procy i fiknął na tyłek, bo mu się nogi szybciej przemieściły w kierunku drzwi wejściowych, niż reszta. Efekt - pęknieta kość udowa w okolicy stawu biodrowego i całkiem darmowy, miły pobyt na ortopedii w oczekiwaniu na ześrubowanie operacyjne kości. O chodzeniu mowy nie ma, nie ma mowy nawet o odwróceniu się na łóżku, na bok. KATASTROFA!!!

Martwię się strasznie. Co to będzie, jak to będzie i czy tata będzie jeszcze w pełni sprawny. Gryziemy wszyscy pazury, żeby się powiodło.

22:55, guardangel_d , Facet
Link Komentarze (7) »
sobota, 13 czerwca 2009
Praca, praca, praca...

A garb rośnie. Niby wszystko inaczej, a nie wiedzieć czemu ciągle to samo. Inaczej, bo zmienił sie mój status, teraz niby sama sobie sterem, żeglarzem itp., a jakoś ciągle mam wrażenie, że mam szefa. Mało tego, z jednego, małego, chudego i wydawać by się mogło, oswojonego, nagle kilku się zrobiło. Centralnie, korporacyjnie odległych szefów, którzy niegdyś nosy wtrącali tylko temu chudemu, a dziś wszędzie ich pełno. Kibel otworzysz... wychyną z czeluści i tylko czekać  aż zaczną śmierdzieć, do lodówki zajrzysz... siedzą rozparci i jeść wołają. Jeszcze trzeba o rozrywkę się zatroszczyć. W ramach tejże, pewien weeekend upłynął i na kręglach i bilardzie. Te kręgle to nawet mi się podobały, dopóki miałam pełną szklankę i udawało się nawet kilka strącić. Utrąciłam jakiś 82 pukty w 10 rundach, co na pierwszy raz uważam za życiowe osiągnięcie wrodzonego geniuszu. Osiągnięcie okupione dysfukcją nerwu kulszowego prawego, co do dziś daje znać o sobie podczas spacerów z Alusiem. Bo Aluś smyczy ni obróżki nie lubi i trzeba nerwa nadwyrężyć coby mu ją zapiąć. A poza tym ... wiosna!!! Burze i gradobicia na porządku dziennym. I korki. I pomyśleć, że kiedyś, na wiosnę to się trzeba było zakochać :) Świat poszedł naprzód!

23:41, guardangel_d , Służbowe
Link Komentarze (11) »
środa, 10 czerwca 2009
Pan Hilary :)

Ciężki poranek w pracy, taki z kategorii "istny sajgon" :) Dzwoni Mariolka:

- Cześć, masz chwilkę?

- Jasne, co się stało?

- A chciałam Cię popytać, co mam pozamawiać na HelpDesku, bo mam juz ten nowy login

I tu następują moje wyjaśnienia, bo rzecz nieco zagmatwana...

- Oh... to jest aż tyle roboty? Kurczę, a ja właściwie nie mam czasu, bo mam dzisiaj wolne, tzn. jestem w pracy, tyle że mam wolne :) Myślałam, że szybko to załatwię, a to takie skomplikowane...

- No, coż... -

- I wiesz, nie dość, że jestem odcięta od komputera, poczty nie mogę sprawdzić, to jeszcze tak się spieszyłam wychodząc z domu, że zapomniałam telefonu, no jestem odcięta od świata, no nie mam telefonu!

- Acha... no i? (w tle słyszę ostre poszukiwania, sypią się z torebki różne tajemnicze rzeczy, szeleszczą przerzucane papiery, itp., a ja słucham paplania Mariolki i czekam, aż dojdzie do punktu kulminacyjnego, czyli powie mi kiedy, jak i gdzie znalazła ten telefon, bo przecież znalazła, dzwoni do mnie z tego telefonu!)

I nagle słyszę okrzyk, jakieś takie dziwne pomruki i westchnienia:

- Oh! No wiesz co? Ale ja jestem zakręcona, szukam telefonu, a przecież dzwonię do ciebie. No całkiem jak Pan Hilary.

Hihi! Gdybym wpadła na to, że ona nie wie, że dzwoni, to bym jej powiedziała :)

piątek, 01 maja 2009
Wiosenny wysyp kleszczy
Słoneczko przygrzewa, trawa wybujała, truskawy sie czerwienią. Mam dwie truskawy na balkonie :) W sensie dwie doniczki :) I to takie, które owocują od maja do października!!! Się zobaczy!!! Ale ja nie o tym właściwie. A o spacerach. Odkąd Aluś się do nas wprowadził obowiązkowo trzeba spacerować. Bo Aluś, pies wymagający, wyprowadza nas nawet i cztery razy dziennie :) Zazwyczaj na pobliską łąkę, gdzie ginie w trawie, tylko biały ogon wystaje jak peryskop. Teraz jest akurat fajny czas na spacery, bo cieplutko i sucho. Aluś szaleje, skubie sobie trawkę, niucha z nosem przy ziemi i wesoło merda ogonkiem. I fajnie. Tylko potem trzeba go dokładnie pooglądać, bo już zdążył załapać dwa kleszcze biedulek. A myślałam, że to cholerstwo to tylko w leśnej głuszy groźne. Aluś to w ogóle bardzo przyjacielski pies. Do wszystkich się łasi, co mnie wkurza, obce psy też mu nie straszne, ma nawet ulubionych kumpli: boksera, dwa owczarki i wyżła. Każdy pożarłby go jednym kłapnięciem szczęki, ale jakoś na niego nie kłapią. I narzeczoną Kinie, która jest schih tzu (czy jakoś tak, bardzo egzotyczna:)  Zawsze się całują na przywitanie. Wszyscy kochają Alusia. Nawet kleszcze!!!
23:55, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (15) »
środa, 15 kwietnia 2009
Szczyt roztargnienia

Mamy koleżankę Mariolkę, która słynie z tego, że jest czasami mocno zakręcona. Często nie w temacie, albo tłumaczy coś na okrągło przez trzy kwadranse, podczas gdy reszta już dawno omawia coś innego. Jednak poza tym Mariolka jest fajna, miła i nie wadzi nikomu.

Nasza Mariolka rozmawia z klientem, omawia bardzo ważne szczegóły pewnej umowy i w trakcie przeprasza tego klienta, mówiąc że musi wykonać pewien pilny telefon, na który ktoś czeka. Bierze aparat do ręki, wystukuje numer, czeka przez chwile z wielce poważną miną i co? I zaczyna dzwonić telefon klienta, który przed nią siedzi :)))) Ups!!!

Po czym Mariolka, z niewinna miną oznajmia:

- ooo, no zapomniałam, że to właśnie z Panem rozmawiam :)

Klient setnie się ubawił, dobrze że trafiła na takiego z poczuciem humoru.

 

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Świąteczny młyn i wieża Babel
Ufff!!! Wreszcie koniec tych świąt. Będzie można iść do pracy i trochę odsapnąć :) Żarcik taki oczywista, ale co się nabiegałam na trasie kuchnia - stół, to moje. Nastukałam kilometrów tyle, że mogę z czystym sumieniem zrezygnować ze wszystkich pozostałych wiosennych spacerów, jakie wypadałoby poczynić przy ładnej pogodzie. Mam tylko nadzieję, że przy okazji spaliłam więcej kalorii niż spożyłam. Zaczęło się już w sobotę wieczorem, a skończyło dzisiaj. A wczoraj to już była istna wieża Babel, z uwagi na obecność pięknej Heleny, mieszkanki Niemiec, pochodzącej z Uzbekistanu (chociaż teściowa wmawiała mi od jakiegoś czasu, że z Ukrainy :). Helena, dziewczyna Sebastiana nie mówi po polsku. No i się porobiło!!! Marcin z Heleną rozmawiał po angielsku, Sebastian z Heleną rozmawiał po niemiecku, to co po polsku padło, trza było tłumaczyć. Każdy z gości niby rozumiał o czym mowa, ale przecież nie wszystko. A gwóźdź programu to był Marcin, który w tym młynie tłumaczył mi po angielsku, ile ma jeszcze zamiar zostać w Anglii (chociaż ja zdecydowanie lepiej rozumiem po polsku, a on na pewno lepiej po polsku mówi) i Patrycja, która rozmawiała z Sebastianem tylko po niemiecku, chociaż oboje mówią po polsku. Jaja jak berety. Cud żeśmy się w ogóle jakoś dogadali. Jednak fajnie tak spotkać się czasami. Tak rzadko mamy okazję spotkać się w takim gronie, pod jednym dachem. Świat jest zdecydowanie za mały. Wszędzie zrobiło się blisko :) i młodzież rozpierzchła się po świecie.
 
Dlatego wymyślono święta. Żeby wracać do domu. Chociaż na krótko :)
23:02, guardangel_d , Takie tam...
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Wielkanocny mazurek pomarańczowy

Święta, święta... Jak są Wielkanocne tzn. że czas na ciepłe dni. Słoneczko, wiosna, forsycje, bazie, zielone gałązki. I obżarstwo do granic. Ja nie rozumiem jak to działa, ale co roku obiecuję sobie solennie, że na następne święta to już nie będzie takiej rozpusty. Skromna sałatka, ciasto, szynka gotowana w domu, baran z jajami i już. Akurat!!! Co roku w święta mamy gości, chociaż co roku się w gości wybieramy ;) Jakoś tak wychodzi, że im do nas bliżej, chętniej i mniaj zachodu :) Ale co tam, gość w dom, bóg w dom, jak mawiają starożytni górale. I jak zawsze zastanawiam się co ciekawego upichcić, coby nie było standardowo i nudnawo. W tym roku padło na sałatkę wiosenną z jajami i pieczarkami, pietruszką i szczypiorem, żeberka w zalewie słodko-pikantnej i mazurki orzechowy i pomarańczowy. Oba eksperymentalne czyli robione po raz pierwszy z przepisów koleżanki z pracy. Pomarańczowy już gotowy, ale co się naklęłam, to moje. Kruchy spód się zrobiło, zrumieniło i jest. Ale co do reszty to powiem szczerze... nie miała baba kłopotu to se wymyśliła mazurek pomarańczowy. Najpierw robi się z wody i cukru syrop "na nitkę". Nitka ni cholery zrobić się nie chciała, ale syrop niby był. Do tego dorzuca się utarte uprzednio pomarańcze, cytrynę i jabłka. Się dorzuciło. I to się potem dusi do zgęstnienia, taki prawie dżem ma się zrobić. Się dusiło i dusiło, a dżemu ni widu. Ciągle to jakieś płynne, rzadkie i ni cholery nie wygląda, żeby to na ciasto wylać, jak było w przepisie. Nawet po dadaniu mielonych orzechów. Wkurzyłam się i doszłam do wniosku, że  mazurka nie będzie. Jednak jak wszystko wystygło, to okazało się, że masa super smakuje i można ją na ciasto wylać. Trochę cierpliwości i wszystko ok. Tylko czemu mi nikt tego nie powiedział??? Cały wieczór się męczyłam z głupią masą do mazurka :) A miało być skromnie, bez kłopotu i bez nerw. No cóż.. może w przyszłym roku :)

Życzę wszystkiego co najlepsze, mało stresów, dużo radości i słońca.

23:48, guardangel_d
Link Komentarze (10) »
niedziela, 05 kwietnia 2009
Komentarz polityczny

Macie dość? Walki prezydent contra premier? Płacz i zgrzytanie zębów? Eeeeeeee.... tam...!

Na pocieszenie :)

 

 

22:58, guardangel_d , Polityczne :)
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9